wtorek, 23 czerwca 2009

Mānoa Falls - las tropikalny


Wyświetl większą mapę

Niedzielny poranek postanowiłem spędzić w towarzystwie amerykańsko - hinduskim (+ jeden Chińczyk + jeden Włoch)..



Celem naszej wyprawy był w zasadzie tylko wodospad - Mānoa Falls - usytuowany nieopodal akademika , co dobrze widać na mapce. Jednakże po drodze okazało się, że w zasadzie jest to wycieczka do prawdziwego lasu tropikalnego :) Aż trudno uwierzyć, że przemieszczając się z Honolulu zaledwie 4 km trafia się do prawdziwej dżungli !





Wejście do lasu wygląda całkiem niepozornie, ot kolejna wycieczka..





A oto roślina taro, której liście służą za okrycie mięska w restauracjach, a korzonki do robienia paskudnego sosu poi, który można jeść tylko i wyłącznie z miłym dla podniebienia mięskiem :P



Trzeba przyznać, że wyprawa z Hindusami jest zdecydowanie weselszym wydarzeniem niż takaż z Włochami :P Przede wszystkim ponieważ są członkami ponadmiliardowej społeczności, więc z trudem dogadują się w języku hindi - efekt jest taki, że można ich zrozumieć po angielsku i nie spiskują ! Poza tym to naprawdę mili goście i zdecydowanie twierdzą, że nie warto jeździć do Indii, bo nie można spotkać tam nic ciekawego oprócz robaków i ludzi :P No i zwłaszcza z tym panem z wąsem trudno się dogadać, więc większość rozmów kończy się jakimś wesołym nieporozumieniem. Ale i oni mnie do końca nie rozumieli, więc przynajmniej byliśmy kwita :P




Doprawdy tutaj widać, że mi całkiem wesoło, ale dwie godziny później okaże się, że banda niegroźnych Hindusów będzie chciała mnie zjeść... Ale o tym później!






Jak widać trasa miesza elementy bardzo łatwego turystycznego szlaku z bardzo dziką przyrodą. Najpiękniejszej częście tej wyprawy niestety nie byłem w stanie ująć - ptaków ! Doprawdy latająca fauna Hawajów coraz bardziej mnie zadziwia. Prawdopodobnie pójdę wkrótce do zoo, żeby zrobić ładne zdjęcia tych stworzeń. A do tego śpiewają naprawdę cudownie !

Po niezbyt intensywnej półgodzinnej wspinaczce dociera się w końcu do honolulskiej Siklawicy - 30 metrów wysokości i goła ściana, a na jej tle zdobywcy Hawajów z Europy ;)





Cały czas mam wrażenie jak bym stawał się coraz bardziej utyty na tej amerykańskiej diecie :P Oczywiście proszę zaprzeczać we wszelkich komentarzach :P I naprawdę nie jem śniadań ! (inna sprawa, że zazwyczaj zjadam podwójny obiad i kolację :P)




W każdym razie między bambusy wciąż się mieszczę !





To na dowód, żeby podejrzliwi nie sądzili, że wszystkie zdjęcia ściągam z Wikipedii !

Trzeba przyznać,że pogoda w lesie tropikalnym dramatycznie różniła się od tej, która była 3 godziny później na plaży ! Zdecydowanie chmury zatrzymują się nad niewielkim pasmem górskim na Oahu i skrapiają wszystko lekkim deszczykiem - jest naprawdę parno!












Po tak miłej wyprawie człowiek potrafi bardzo zgłodnieć, nawet wszyscy bardzo głodnieją i wędrówka do restauracji może być długa..
Ale o tym i o krwiożerczych Hindusach, od których uratował mnie egipski zestaw kuchni faraona napiszę w następnym odcinku.. ;)

niedziela, 21 czerwca 2009

Diamond Head - korona Honolulu

Dziś wreszcie zaczął się weekend, co oznacza, że można było się więcej powłóczyć po mieście. Zdecydowanie poranek spędziłem w łóżku, w preciwieństwie do mojego współlokatora, który wczoraj nie chciał się z nami kąpać w oceanie, więc postanowił pójść dziś od rana :P
W okolicach południa wraz z grupką Włochów (nie wiem czy wyszło mi to na dobre, ale o tym później :P) udałem się na wczesny lunch w bardzo klimatycznej i wyjątkowo niepozornej restauracji :D


Zdecydowanie trafiliśmy dobrze, bo zaserwowano nam rzeczy, które w sumie trochę trudno nazwać :P


Tradycyjnie Hawajczycy jedzą dużo wieprzowiny (skąd tutaj świnie?? - przecież nie mogły tu same przylecieć) i mają wyborne ryby ! I do tego obrzydliwa pasta pui robiona z korzeni rośliny występującej na tutejszych wyspach (trochę wygląda to jak nasze kapelony !)

Lau-lau to potrawa, która robi się w ten sposób, że pewien określony rodzaj mięsa - ryba maślana, kurczak, prosiak lub inne zawija się w liście taro niczym nasze gołąbki, całość jest starannie skropiona różnymi bulionami i ma bardzo przyjemny i aromatyczny zapach:



Zdecydowanie drugim istotnym punktem jest ryba podawana na surowo - na mój gust było to coś w klimacie łososia i nazywa się Poke. Następnie bardzo odświeżająca, ale w sumie mało egzotyczna sałatka z pomidora, którą tutaj nazywa się Lomi Salmon, żeby zmylić biednego turystę. I oczywiście na deser każdy dostaje wyborną pseudogalaretkę z mleka kokosowego, czyli Haupia. Jest to niezwykle delikatna kompozycja, przypominająca nieco tofu. Całość prezentowała się mniej więcej tak:




Na zagryzkę (zdecydowanie z ostrym sosem) warto było przegryźć suszone mięso z prosiaka - to akurat danie chyba bardziej typowo amerykańskie, bo podobne rzeczy można kupić nawet w sklepie na stacji benzynowej!



Po naprawdę wybornej uczcie nadszedł czas na uregulowanie rachunków i ustalenie z połączoną grupą (wraz z Francuzami) czy idziemy zobaczyć od środka wulkan ! Oczywiście należy nadmienić, że Włosi prawie cały czas gadali ze sobą po włosku, więc nie wiadomo było nad czym perorują, a potem przez 25 minut debatowali nad tym czy warto się wspinać na ten wulkan czy nie :P Gdy ich zapytałem dlaczego tak długo się zastanawiają, to Davide odpowiedział mi: "We're just Italians" :P Cóż - co kraj to urok... W każdy razie zaopatrzywszy się w wodę udaliśmy się na "daleką" wyprawę do dalszej dzielnicy. Oczywiście wyprawę poprowadził Włoch i po dwóch ulicach stwierdził, że w sumie nie wie, gdzie idziemy, więc będąc uzbrojonym w wiedzę z Google Earth postanowiłem przejąć dowództwo i poprowadzić gawiedź jedyną słuszną drogą.

A musicie wiedzieć, że wejść do wulkanu - przynajmniej tak grzecznie i kulturalnie jak przystało na tradycyjnych turystów wcale nie jest łatwo. Należy obejść sobie z 3 km potwora i wejść przez wywiercony w skale kiludziesięciometrowy wieeelki tunel:



Przez wiele lat była tutaj amerykańska baza wojskowa i na wzgórzach widać nawet zainstalowane baterie dział. Stąd właśnie tunel.



W środku krateru krajobraz zdecydowanie się zmienia. Wszystko zaczyna wyglądać jak fragment pustynii w Nevadzie, a do tego panuje tu bardzo osobliwa ciszy - brak zupełnie wiatru. Przez to też panuje tu niesamowity żar:





Co więcej aż trudno uwierzyć, ale cała ta kaldera powstała 300 000 lat temu podczas jednej eksplozji ! Musiało to być potężne wyładowanie energii, skoro udźwignęło 200 metrowe wzniesienie!






Wzniesienie jest bardzo krótkie, ale za to niezwykle ostre. Trzeba przyznać, że Amerykanie mają tutaj niezły wycisk :P Zdarzają się też osobniki, które biegają po trasie w dół i w górę. Z nich nie należy brać przykładu - w końcu przez sport do kalectwa...


Na szczęście z każdym krokiem panorama robi się coraz atrakcyjniejsza, aczkolwiek wzmaga się też żar rozgrzanych przez podzwrotnikowe słońce skał wulkanicznych





Później wkracza się w system korytarzy i schodów stacji kontroli pocisków, która na początku XX wieku służyła jako sztab zarządzający kierunkiem ostrzału z rozmieszczonych na sąsiednich wierzchołkach baterii dział.



I najbardziej strome schody jakie widziałe w swoim życiu :



I wariacja na ten temat:

przy okazji - zagadka: czy zdjęcie było robione z dołu czy z góry ? Jedyną wskazówką jest to, że na zdjęciu pewien szczegół jednoznacznie i bez naciągania to określa :P

I nareszczie szczyt! Widok był po prostu "awesome" :) !!




Zdecydowanie można pozazdrościc szczęśliwcom mającym za oknem własnego domu takie fale :P Z drugiej strony mam nieco mieszane uczucia, co do mieszkania wśród Amerykanów... ale o tym innym razem.

Zdecydowanie czas pokazać panoramę:



Na samym szczycie niesamowicie wieje popołudniu, ale widok rozciąga się na pół wyspy Oahu - "awesome" !







A tak mniej więcej prezentowała się nasza górska ekipa:





Później oczywiście nastąpił podział zdań znowu między mną i Włochami :P Skalkulowałem,że jednak warto pójść do stołówki na kolację zamiast iść znowu na plażę (zmysł głodomora) i zmotywowany tą myślą pędziłem przez amerykańskie osiedla domków:




Byłem tak bardzo głodny, że nawet udało mi się idąc pieszo wyprzedzić jadącą autobusem ekipę Francuzów - jak zwykle naród ten się ociągał :P

A na koniec wyjaśnienie nazwy: otóż na początku XVIII wieku przybyli tutaj koloniści, którzy sądzili, że znaleziony w zboczach kryształ kalcytu to diament ! I tak Le'ahi, czyli czoło ryby 'ahi stało się Głową Diamentów - i jak tu nie uważać, że Amerykanie są troszeczkę nierozgarnięci :P

sobota, 20 czerwca 2009

!

Wczoraj byliśmy w końcu na tradycyjnym powitaniu z Hawajami ! Wywieźli nas aż za Pearl Harbour do przytulnej dzielnicy Paradise Cove, gdzie w nieco disneyowski sposób można zapoznać się z hawajskimi klimatami:



Podczas podróży autobusem przewodnik w bardzo rozrywkowej koszuli bahama próbował wydusić z nas radosne aaallooooha :P Ale niestety banda matematyków nie jest zbyt rozrywkowym tworem, więc trudno z niej wydusić okrzyk radości :P W każdym razie z Hindusem robiliśmy co się dało, żeby nie wyjść na ćmoków :P
Tradycyjnie na początku wizyty wybiera się napój na wejście. Amatorzy trunków mogą dostać rozcieńczoną wersję wina, dla pozostałych jakiś sok papajopodobny z lodem:



Później półnadzy panowie rozdają każdemu tradycyjny wisiorek na powitanie i każdy po kolei strzela sobie fotkę z półnagimi paniami, którą można później kupić za 20$ :P Dla zainteresowanych moja fotka poszła chyba na przemiał :P



Po wejściu czułem się nieco jak by ktoś wrzucił mnie z powrotem do Disneyland - miękka muzyczka, masa turystów, nikt nie wie, gdzie się podziać i wszyscy czekają na jedzenie :P


Na plaży pokazywano jakieś tradycyjne tańce i pewien pan zarzucał w tradycyjny sposób sieci prezentując nieskutecznę w zatoce Paradise Cove metodę łowienia rybek :D Oczywiście pani prowadząca całe przedsięwzięcie wyjaśniła grzecznie turystom, że niestety ryby, które będą jedli wcale nie pochodzą z tej mającej 50 metrów kwadratowych zatoki :P


Postanowiłem nieco pozwiedzać otoczenie, zwłaszcza, że przywieźli nas w okolice północnych plaż, które słyną tutaj z niezwykłej urody:

oczywiście głównie ze względu na niezwykle przystojnych turystów ;)

Postanowiłem się wdrapać też na lokalne skałki, głównie za namową znajomego Hindusa, co niestety, jak się spodziewałem, skończyło się nagłym apelem przez megafon: "People standing on the rocks - pleas go down !" :P Lepiej nie denerwować Amerykanów, bo jeszcze mnie deportują za niszczenie lokalnej przyrody :P


W międzyczasie pewien zręczny młodzian postanowił obsypać nas "deszczem kwiatów". Nie było tego wiele i oczywiście wszystko wpisane w ceremoniał. Ale wspinał się na drzewo niesamowicie skutecznie!



Później była prezentacja tego, co mamy zjeść na kolację (dziwna sprawa..) - muzyczka i do tego jakieś hula-dancerki prezentowały nam prosiaczka w sosie pui, który generalnie smakuje jak bardzo skwaśniały budyń :P Nie jest to smaczna potrawa, ale spodziewałem się bardziej ekstremalnej potrawy(dziś widziałem restaurację serwującą płetwy rekina - trzeba szukać dalej, może uda się znaleźć chipsy z meduzy!)



Te panie nie do końca podpadają pod kanon piękna opisywany we wcześniejszym poście, aczkolwiek moje podejrzenie jest takie, że pochodzą one z importu z Samoa, tak jak dziki wojownik, który pojawi się później :P





A oto jedzonko, którym nas uraczyli:




Podczas jedzonka uraczył nas niejaki O'Braien występami hula-dancerek i dzikich wojowników z Hawajów i Samoa :P Oto zapis wideo ich wyczynów:



i na koniec dziki samoański wojownik :P