poniedziałek, 6 lipca 2009

Korpus ekspedycyjny cz.1

Tak, tak - czas skończyć z marudzeniem i opowiedzieć o kolejnym weekendzie. Tym razem nikt już nie miał ochoty lecieć przez ocean na kolejną egzotyczną wyspę. Postanowiliśmy się ukulturalnić - uformowawszy korpus ekspedycyjny chińsko-indyjsko-holendersko-polski, objąłem dowództwo nad tą międzynarodową wycieczką do Pearl Harbour. Sprawa nadzwyczaj podejrzana, gdyż udziału w wycieczce odmówili obywatele państw Osi,cześć Hindusów się wykruszyła(jak nakazuje tradycja walczyli o swoją suwerenność), a do tego ambitnie postanowiliśmy zobaczyć jak to jest, gdy Amerykanie przyjeżdżają do miejsca kultu historycznego dokładnie 4 lipca (a korków zwyczajnie nie ma, bo wszyscy grzeją w ogródka barbecue i wieczorne fajerwerki :P).


Wyświetl większą mapę

Port w Pearl Harbour jak wskazuje inteligentnie nazwa znajduje się w Pearl City. Współcześnie właściwie jest to dzielnica Honolulu, która leży całkiem daleko na zachód od Waikiki (dlaczego wszystko zawsze odnoszę do Waikiki - otóż gdziekolwiek jest się na wyspie, wznosząc się dostatecznie wysoko zawsze rzucają się w oczy drapacze chmur na Waikiki !).
Ponieważ naród amerykański ma bzika na punkcie bezpieczeństwa, więc należy pozostawić wszystkie swoje osobiste rzeczy w skrytce, na wypadek, gdyby tak kolorowe towarzystwo chciało zdetonować bombę.



Wówczas cała załoga zaatakowanych statków musi udać się do specjalnej kapsuły, która pozwala im wydostać się na powierzchnię...



Zdecydowanie Pearl jest gratką dla miłośników wszelkiego rodzaju wybuchów. Nie należy jednak zapominać, że jest to równocześnie cmentarz (a właściwie cmentarzysko) i aktywna baza wojskowa.

Pierwszym celem ataku korpusu eksedycyjnego była łódź podwodna USS Bowfin (Amia albo jak kto woli miękławka - ot, rybka). Jedna z najbardziej zasłużonych łodzi podwodnych podczas amerykańskich rajdów na japońskie statki. Całość wycieczki jest dodatkowo elegancko skomentowana przez żyjących członków załogi, między innymi kapitana !





Na zewnętrznym pokładzie łódź wyposażona jest w uzborojny mostek



oraz potężne (jak na łódź podwodną) działko, które obsługiwały jednocześnie dwie osoby - oczywiście można zajrzeć zarówno w lufę jak i wizjer :)









Oczywiście nie może zabraknąć na tak wspaniałym okręcie dzwonka przywołującego na obiad..



Następnie głos lektora zaprasza nas pod pokład. W niezbyt uciążliwym tłumku Amerykanów przemieszczamy się przez kolejne "pokoje" Bowfina. Makabryczna ciasnota, spanie na torpedach i poprzetykane gdzieniegdzie zdjęcia pin-up girl - tak wyglądało życie pod wodą. Oczywiście koszykarze mogli raczej zapomnieć o takiej służbie wojskowej..

















Obsługa torped spała w torpedowni na własnych bombach.. Reszta w niewiele wiekszych kajutach. Wszyscy jadali wspólnie w schludnej, ale małej kantynie, w któej podobno nawet była maszyna do robienia lodów. Jak opowiada kapitan - jedzenie było naprawdę wyśmienite dopóki go nie zabrakło :P

Ponadto każda część statku posiadała wyjście ewakuacjne na powierzchnię:



Gdy zbliża się wróg wszyscy wracają na mostek i za pomocą dość skomplikowanej maszynerii:





łódź podwodna schodzi głęboko pod wodę. Wówczas ustaje praca silników Diesla, które ładowały do tej pory akumulatory i statek przechodzi na zasilanie elektryczne:



Po kilku minutach trzeba wyłączyć wszystkie zbędne urządzenia - nasłuchuje się tylko dźwięków radaru i oczekuje na "opad" bomb głębinowych...





Ciąg dalszy nastąpi...

sobota, 4 lipca 2009

Intermezzo

Chciałbym wam troszkę opisać jak wygląda tutaj zwykłe prozaiczne życie. Nie każdy dzień oczywiście wypełniony jest jakimiś wielkimi przygodami ;)
Przede wszystkim Ci, którzy będą chcieli kiedykolwiek tutaj przyjechać - przyjedźcie, ale nie oczekujcie romantycznej, disneyowskiej wersji tego, co zazwyczaj kojarzy się z Hawajami.. Wprawdzie impreza powitalna Lui tak troszkę wygląda, ale jest to zdecydowanie spowodowane dużą ilością dolarów w to włożoną i bynajmniej nie oddaje nawet w 1% klimatu tych wysp.

Najbardziej uderza po przyjechaniu tutaj swoista "dzikość". Oczywiście, Honolulu jest dość sporym miastem, ze swoim "Beverly Hills", jednak gdy nieco oddalimy się od Waikiki - dzielnicy luksusowych hoteli, można zobaczyć nieco bardziej prawdziwy świat.



W zasadzie najbliższe skojarzenie tego miejsca mam z Zakopanem - nie przez to, że są tutaj wysokie góry, ale przez specyficzny klimat prowizorki, który daje się wszędzie we znaki. Moje zdziwienie było wielkie, gdy odkryłem, że autobusy w Honolulu wcale nie są punktualne, lecz spóźniają się okropnie - gorzej nawet niż w Polsce..




Amerykanie wymyślili co prawda bardzo przyjemną rzecz - zamiast dusić na guzik jak zwykliśmy robić w Polsce (wiem, wiem - nie jeżdżę za dużo autobusami, więc mnie to fascynuje :P), lecz należy pociągnąć za linkę - wynalazek o tyle praktyczny, że pozwala osobie w każdym stanie wysiąść na upgragnionym przystanku ;)

Honolulu jest wielkie - teoretycznie ma 300 tys. mieszkańców, ale w tym kraju wszystko ma ogromne proporcje - Coca Cola w McDonaldzie w rozmiarze medium jest naszą ekstra wielką, na ulicach nie spotkałem samochodów mniejszych niż typowe hatchbacki (nie, nie - Fiata Pandy też nie spotkałem ;), a wszystkie ulice, choćby nawet nie były głównymi arteriami dają poczucie spacerowania po lotnisku:




Największym atutem jest tutaj niezmiennie pogoda - każdego dnia świeci słońce. Jeśli nawet pojawiają się w ciągu dnia wielkie chmury, to tylko przepełzają leniwie przez wyspę i pędzą gdzieś dalej. Tutaj chyba nikt nie posiada parasola (może oprócz mnie ;), bo nawet "ulewa" jest czymś niezwykle przyjemnym, na co się cały dzień czeka, żeby nieco się ochłodzić.


Oczywiście w związku z tym taki białas jak ja musi się każdego dnia porządnie wysmarować kremem przeciwko opalaniu, bo inaczej nawet spacerując po ulicach można się w długim rękawku spalić dość boleśnie. Cień jest zjawiskiem, które tutaj pojawia się dopiero po godzinie 4 popołudniu i trwa do około 8, kiedy słońce po gwałtownym kolorowym spektaklu nagle zachodzi:



Określenie białas wydaje mi się nieprzypadkowe i celowo obraźliwe - przyjeżdżając tutaj z Europy można poczuć się jak prawdziwy "alien", który zauważa, że większość otoczenia to Japończycy, Polinezyjczycy i niewielka liczba Afroamerykanów.
Nazywanie więc tego miejsca Ameryką jest więc dość sporą pomyłką..



Przez to pojawia się pewien problem, bo gdy pyta się kogoś w sklepie o tradycyjne Hawajskie wyroby, to zazwyczaj oznacza to tajskie ananasy, marokańskie pomarańcza, kalifornijskie wino czy japońskie suszi.

Być może moje obserwacje są bardzo powierzchowne, ale wykoncypowałem, że tzw. kultura hawajska głównie składa się z wieprzowiny z prozaiczną sałatką. Owoce morza nie są tutaj czymś szalenie popularnym (wyłączając dość pospolite krewetki).
W tej kwestii można się tutaj poczuć jak w Ameryce pełną gębą - 100 McDonaldów, Burger Kingów i KFC nie robi szczególnie imponującego wrażenia głębokiej kultury.
Owszem nasza wizyta w restauracji dwa tygodnie temu sprawiała wrażenie bardzo hawajskiej, jednak bliższy ogląd pozwala nam dojrzeć w tym całą gamę kulturowych zapożyczeń - w większości japońskich.

Teraz trochę o życiu studenckim.

University of Hawaii, Manoa jest niewielkim uniwersytetem. Kampus zajmuje wprawdzie sporą część dzielnicy Manoa, ale głównie ze względu na dość duże rozseparowanie niektórych budynków. Jest niezwykle malowniczy i studiowanie tutaj może być wielką przyjemnością :)






Jednak osoby, które zaczynają już pakować swoje torby ostrzegam - kampus na Morasku jest wielokrotnie nowocześniejszy ;)

Mieszkamy wszyscy na kampusie w świeżo otwartym akademiku, który w sumie jest dość skromny, ale pokoje są wyposażone w klimatyzację, mamy własną porządną pralnię kuchnię i przyklejoną do sąsiedniego budynku kantynę.
Mój pokój, aktualnie okupowany tylko przeze mnie wygląda mniej więcej tak:



Posiłki na stołówce można tutaj skomponować w niezwykle obfite dania. Kilka dni zajęło mi odkrycie, że to co kładę sobie na tacę jest właściwie kompilacją trzech obiadów ! Ale za to nie jadam śniadań i prawie kolacji :P
Poza tym jak każdy Polak czy Niemiec marudzę ciąglę, że nie mają tutaj normalnego chleba. Jest to całkowita prawda, gdyż po przejściu ogromnego centrum handlowego kilku supermarketów i Walmarta oraz straganu na kampusie nie znalazłem takiego produktu ! Najdroższy chleb jaki tutaj sprzedają pod nazwą "Country bread" wcale nie jest wiejski tylko watowaty :P






A patrząc na te zdjęcia przypomniałem sobie, że do 18:30 otwarta jest stołówka - czas na kolację i do pracy ! Do napisania..

czwartek, 2 lipca 2009

Big Island of Hawaii - Kona - Mauna Kea - Kilauea - Black Sand Beach cz. 2

Dziś czas na drugą część relacji z wyprawy na Wielką Wyspę Hawajską. Po udanym wjechaniu na Mauna Kea zjechaliśmy naszym wspaniałym Jeepem grzecznie na wysokość 1000 metrów. Spostrzegłem jednak na filmie, że ludzie mądrzejsi od nas sugerują, aby przy takiej gwałtownej deniwelacji nie wyłączać napędu na 4 koła, gdyż w innym wypadku można usmażyć hamulce :P Jednakże nasz kierowca niepoinformawany tak dokładnie wyłączył go, gdyż sądził, że już niepotrzebny, więc musiałem mu w połowie trasy grzecznie uchylić tylne okno, żeby poczuł swąd palonych klocków i wówczas się przekonał do mojego pomysłu :P

Po zjechaniu na Saddle Road dalsza trasa wycieczki przebiegała mniej więcej tak:


Wyświetl większą mapę

Wycieczka na początku wiedzie przez pola lawowe, które robią wrażenie początkowo bardzo wyludnionych - jest to zupełnie złudne, ponieważ stopniowo, gdy przejeżdza się przez obszary, gdzie lawa już od kilkuset lat nie płynęła mamy zwartą i bardzo bujną dżunglę, którą głównie porastają "jurrasicparkowe" rośliny - mnóstwo palm i paprociopodobnych roślin (przepraszam za moją ignorancję w tej dziedzinie :P, wierzę,że Harold mnie w tej kwestii poprawi ;)






Doprawdy krajobraz stał się tak monotonny, że zabrałem się za radosne usuwanie starych, skopiowanych zdjęć z aparatu, bo wyprawa na Mauna Kea w japońskim stylu pochłonęła prawie 400 zdjęć :P (chyba nie sądzicie, że udostępniam wam je wszystkie, kameralny seans po powrocie ;)

Oczywiście cała wycieczka nie miałaby sensu, gdybyśmy z Arno nie wybrali najbardziej ekstremalnego miejsca do spania - Holo Holo In - ta pozornie niegroźna nazwa kryje w sobie tajemnicę przydomowego hostelu, prowadzonego przez Japończyka i jego żonę (córkę ?), którego głównym znakiem rozpoznawczym jest żółty hydrant idealnie wkomponowany w gaj palmowy ! Oczywiście każdy zapytany lokalny aborygen wie dokładnie, gdzie jest ten hydrant i jak trafić do Holo Holo !
Do tego miejscowość naszego drugiego noclegu nazywała się Volcano i bynajmniej nie ułańska fantazja amerykańskich jankesów kazała ją tak nazwać, lecz proste spostrzeżenie, że mieszkamy w kraterze wygasłego wulkanu (stąd ta cała zieleń!).





A to cudo powyżej to bynajmniej nie ręka wulkanicznego kosmity, lecz pięknie rozwijający się liść paproci - cudo !



Tak nas przywitali mieszkańcy tej 5 przecznicowej mieściny ! Na szczęście potem było już tylko lepiej ;)







Nasz hostel okazał się prawdziwym zagłębiem globtrotterów, którzy wizytując tutaj wbijają zawsze szpilki w mapę świata, a pani na początku zamiast pieniędzy poprosiła nas o wpisanie z jakiego kraju jesteśmy i jak się nazywamy !
Nie wspominając już o tym, że w kuchennej czytelni znaleźliśmy pisane po chińsku dzieło Marksa !

Wieczór zaplanowaliśmy spędzić na nudnej jeździe w pobliże morza, aby zobaczyć upragnioną lawę - niestety nasze nadzieje okazały się płonne i widać było tylko to:



Być może w oczach tego człowieka pali się lawa, ale bynajmniej nie z powodu dobrego humoru..

W każdym razie jeśli ktokolwiek z was, kiedykolwiek postanowi tutaj przyjechać, to niech lawy szuka od strony zewnętrznej parku, gdyż tutaj takową widziano 20 lat temu!

Po spokojnej nocy spędzonej w Holo Holo, w pokoju sześcioosobowym, z dwoma współlokatorami (jaki tam był ziąb w tej dżungli !), postanowiliśmy odbić sobie zawód lawowy i udać się na dzienne zwiedzanie parku!
Jaggard Museum, Lava Tube i Kilauea Iki Trail oraz Kilauea Crater - to były główne punkty programu.

Oczywiście na początku przywitały nas strumienie pary, które teoretycznie są trujące, ale w tym miejscu tylko nieznacznie!






Ten potwór, który na końcu pojawia się na filmie jest tym o czym myślicie - to wentyl i główny krater Kilauea - najbardziej aktywnego wulkanu na wyspie. I stawiam hipotezę, że połowa chmur na tej wyspie jest generowana przez wyziewy wulkaniczne !


Z ogromnego jeziora lawowego zieje wielka dziura wypełniona chmurą toksycznej siarkowo-chlorowej mieszaniny - Halemaʻumaʻu - tę wdzięczną nazwę nosi wejście do piekieł.




Bogini Pele, która mieszka w tych czeluściach, raz na jakiś czas sprawia, że ten wulkan wypełnia się po brzegi lawą - niestety dziś można zobaczyć to tylko na zdjęciach! Mark Twain, który był tutaj w 19 wieku opisywał jezioro rozpuszczonej magmy, z którego lawa kipiała niczym woda z fontanny!



Bogini, podczas gwałtownych erupcji (czyżby wychodziła na zakupy ?), gubi po drodze swoje łzy i włosy - niezwykłe, bo zrobione ze szkła wulkanicznego i cienkie niczym włókna wełny mineralnej:




Myślę,że pani profesor od geografii byłaby ze mnie teraz dumna i uznała, że odpokutowałem swoją tróję ze sprawdzianu z geologii !

Doprawdy następne miejsce okazało się równie niezwykłe. Lawa potrafi pod ziemią utworzyć tunel, w którym mniej lepkie warstwy szybciej spływają tworząc rodzaj podłużnej komory, której obłe ściany jasno przypominają o pochodzeniu tego tworu:








Wszystko ukryte misternie w gęstej dżungli:



Jednakże czymże byłaby wycieczka do parku wulkanicznego bez chodzenia po lawie! Nie bacząc na to, że Kilauea Iki - Dziecko Kilauei jest w zasadzie całkiem czynnym wulkanem (całkiem czynny oznacza, że ostatni raz wybuchł 50 lat temu !), postanowiliśmy zejść na bardzo popularny szlak, wiodący dnem krateru. Doprawdy chodzenie po magmie dostarcza niezwykłych przeżyć, zwłaszcza, gdy można podziwiać żywotność Matki Natury:







Nie należy oczywiście dać zwieść się pozorom - krajobraz jest wybitnie marsjański:





Oczywiście wszystkie wulkany są święte, więc zabieranie stąd kamieni jest obłożone klątwą - jeśli jednak nawet klątwa ta nie zostanie zrealizowana to pani na lotnisku i tak obłoży nas takową za posiadanie niebezpiecznych narzędzi ! Postanowiliśmy jednak dać wskazówkę dla pewnego zapalonego tropiciela kamieni, aby mógł kiedyś wziąć i obejrzeć to trofeum!




Następnie po 20 minutowym marszu dotarliśmy do wyjścia z parku, gdzie czekając grzecznie na Francuzów, którzy poszli na szlak kraterów, ucięliśmy sobie pogawędkę z prawdziwym rangerem (trochę podobny do Chucka Norrisa :P). Oczywiście wszyscy przejmowali się, że stoimi w pobliżu budki, gdzie kasuje się bilety wejściowe, bo wyglądaliśmy na groźnych przestępców, którzy chcą obrabować biedne kobiety pracujące w parku. Na szczęście pan ranger okazał się niezwykle miły i opowiedział nam mnóstwo ciekawych rzeczy dotyczących parku i nawet spytał się czym się zajmujemy, ale nie wyglądał na szczególnie uradowanego na wieść o tym, że ma przed sobą dwóch matematyków :P W każdym razie mieszka sobie w parku i jakiś czas temu widział z okna własnego salonu tryskającą na 500 metrów kolumnę lawy, ot nie ma to jak widoki przy obiedzie, nie trzeba kupować przynajmniej pakietu National Geographic TV :P

Jadąc z parku wulkanicznego na południe można objechać całą wyspę dookoła. Przepiękne klify wulkanicznego południowego wybrzeża i pochmurna pogoda przywodzą na myśl białe wybrzeża Cardiff. Co ciekawe, woda drąży tutaj niesamowite tunele, które raz po raz zapadają się do góry tworząc jamę, przez którą można podglądać ten niszczycielski proces:






I warto dodać, że ze względu na wpadającą gdzieniegdzie do morza lawę można tutaj spotkać czarne plaże, na których drobny piasek będący w środku dnia rozgrzaną patelnią jest w 100% pochodzenia wulkanicznego. Niestety nie można go sobie zabrać grzecznie do domku !










Na tej plaży muszą bytować czasem jakieś wielkie trolle..







A do tego były też żółwie !






Jednak tak udana wycieczka, zgodnie z prawami Murphy'ego, nie mogła obyć się bez jakiejś katastrofy :P Na lotnisku poczekaliśmy sobie grzecznie przez parę godzin, bo nasz samolot okazał się niesterowny.. W każdym razie dolecieliśmy nim potem do Honolulu, bo go wysterowali.. Nie wszyscy mieli jednak wesołe miny przez to:




No dobra - to oczywiście była socjotechniczna manipulacja :P



Ale oczywiście zgodnie z prawami Murphy'ego to co nigdy się nie zdarza, zdarza się najcześciej - w Honolulu zamówiona zwykła taksówka okazała się jeżdżącym hotelem dla bossów mafii :D



I tak po północy wreszcie zakończyliśmy naszą wielką wyprawę ! Do następnego napisania..